Gdzie się podziało moje dziecko?

Data - 11 maja 2015 / Autor - Agnieszka Łukomska / Kategoria - Blog

plaza ciuciubabka

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz się z nim spotkałam. Jestem zajęta, zmęczona, spięta i zabiegana. Nie widzieliśmy się od miesięcy, może lat. Aż tu nagle na plaży, majówkowe słońce, bose stopy, lodowata woda, zapach zapowiedzi lata w powietrzu…. Jest. Moje wewnętrzne dziecko wróciło. A już się bałam, że się wyprowadziło na dobre.

Nie jest z nim łatwo. Trochę jak z tortem bezowym. Z wierzchu twardy i chrupiący, w środku mięciutkie, słodkie i delikatne „coś”. Ale jak za długo stoi, to środek tak jakby blednie w smaku. Traci swoją intensywność i radość, którą sprawia mojemu podniebieniu. A co było na wierzchu twarde, twardym pozostaje. Z wewnętrznym dzieckiem jest jak z tym kremikiem. Musisz wiedzieć, że go tam w środku masz, bo bez tej wiedzy nie najesz się do syta, nie poznasz prawdziwego smaku i nie dowiesz się, że czasem fajnie mieć wąsy od bitej śmietany, lepkie palce od soku owoców czy włosy pełne piachu od fikołków na plaży.

A jak już masz swoje własne, osobiste, dziecko zewnętrzne, co to je do szkoły zaprowadzasz, włosy rozczesujesz, bo kołtuny się robią, kołdrą przykrywasz, bo nogi ciągle wystawia, to bez tego wewnętrznego daleko nie zajedziesz. One się muszą po prostu spotkać.

Jak chcesz pokazać mu swoje oczy, jeśli nie klękniesz czy nie ukucniesz, by spotkać się na tym samym poziomie? Jak możesz mówić, że nie ma się czego bać, skoro sam się niejednokrotnie boisz niedorzecznie? Jak chcesz mu pokazać, że świat jest piękny, skoro chowasz ręce w kieszeniach i nie otwierasz ramion na życie?

Chłopakom podobno przychodzi to łatwiej. Bo niby, rzekomo, jak mówią na mieście, oni ciągle są dziećmi. Ale bycie dzieckiem, a życie w dobrych stosunkach ze swoim dzieckiem wewnętrznym to trochę jak bycie gwiazdą teleturnieju z perspektywy własnej kanapy. Ale zdarzają się przypadki, że można się od nich wiele nauczyć. Zanim bowiem zanurzyłam bose stopy w piasku, wyjęłam ręce „z kieszeni”, ugięłam kolana i dałam się umorusać, musiałam popatrzeć, jak oni to robią. Jak w radosnym pokrzykiwaniu, gilgotkach i kuksańcach nie robią właściwie nic wielkiego, choć dzieją się rzeczy wielkie. Pozazdrościłam im i spróbowałam poprosić moje wewnętrzne dziecko, aby dało mi jeszcze szansę.

Aby wybaczyło mi, że bycie dorosłym jest czasem takie nudne, absorbujące, doprowadzające do łez, bezsilności i wkurzenia. Aby zrozumiało, że wcale nie chciałam zamieniać gumy do skakania na smartfona, ani waty cukrowej na kawę. Aby się obudziło, pozwoliło wziąć za rękę i dało mi jeszcze jedną szansę. Chyba się udało. Za kilka tygodni dzień dziecka. Już planuję dla nas coś szczególnie niedorzecznie infantylnego…

  • Piękny i mądry tekst. To przykre jak dorosłość pokrywa nas nieprzepuszczalnym kokonem, usztywnia, powodując ogólne odrętwienie i brak dopływu świeżości do mózgu. Ale zamiast narzekać trzeba coś z tym zrobić. Dzień Dziecka – to jest to! 😀

  • Ciuciu

    Dziękuję. Nauka przychodzi czasem tak niespodziewanie. My uczymy dzieci jak być dorosłymi, a one nas jak być dziećmi 😉